Łemkowska republika

 Łemkowska republika
11.02.2017
W 1918 roku Łemkowie powołali w Beskidach własne państwo. Rządzony przez nich kraj nie został jednak przez nikogo uznany i przetrwał dosyć krótko. Za jego utworzenie członkowie łemkowskiego rządu stanęli przed polskim sądem.
 
Położona wśród wzniesień Florynka to duża, licząca niecałe półtora tysiąca mieszkańców wieś. Choć nie miała szans, by stać się prawdziwą metropolią, to ma wielką historię. Ta małopolska miejscowość była kiedyś stolicą beskidzkiego państewka, które nigdy nie mogłoby powstać, gdyby nie splot kilku okoliczności. Potrzeba było setek lat mieszania kultur, prześladowań, a w końcu wielkiej wojny, by mieszkający tu ludzie zrozumieli, że chcą sami decydować o swoich losach. Jak daleko sięga nasza opowieść? Co najmniej do XII wieku. Wtedy wołoscy pasterze przywędrowali w te rejony łańcuchami górskimi. Zaczęli mieszać się z żyjącą w okolicy ruską ludnością.
 
W XIX wieku ich potomkowie - wiejscy, prawosławni górale - używali już cyrylicy, ale nie mówili czysto po rosyjsku. Żyli w izolacji i niechętnie kontaktowali się z innymi. Sami siebie nazywali Rusinami albo Rusnakami, ponieważ jednak nadużywali słowa "łem", co w gwarowym słowackim oznaczało "tylko" albo "lecz", zaczęto nazywać ich Łemkami. Ich rodzinna kraina, Łemkowszczyzna, zwana także Łemkiwszczyzną i Łemkowyną, rozciąga się po polskiej i słowackiej stronie Karpat. Dawniej zamieszkane przez nich wsie były rozsypane od Popradu na zachodzie po wzgórza Bukowiny i Wielkiego Działu na wschodzie.
 
Tutejsi wieśniacy nie byli szczególnie rozpolitykowani aż do przełomu XIX i XX wieku, kiedy popularny stał się ruch panslawistyczny. Jego zwolennicy głosili konieczność zjednoczenia wszystkich Słowian, co dla swoich celów wykorzystywała Rosja. Rusofilskie poglądy przeniknęły także na Beskidy i odtąd Łemkowie zapragnęli zjednoczenia z rządzonym przez carów państwem. Austro-Węgry, na których terenach mieszkało ich najwięcej, zaczęły obawiać się rosnących wpływów wielkiego sąsiada, cesarsko-królewskie władze umieściły więc w obozach tysiące Łemków. I wojna światowa miała na zawsze odmienić ich losy.
 
Powstaje nowe państwo
 
W 1918 roku, kiedy wielka wojna miała się ku końcowi, amerykański prezydent Woodrow Wilson ogłosił doktrynę o samostanowieniu narodów. Łemkowie postanowili skorzystać z niej, by uniezależnić się od dawnych prześladowców. W listopadzie, kiedy Polacy cieszyli się z odzyskanej niepodległości, walcząc o przebieg powojennych granic, beskidzcy Rusini wykorzystali rozpad Austro-Węgier i powojenny zamęt do własnych celów. W pierwszych dniach miesiąca proklamowano powstanie Republiki Komańczańskiej, której władze zamierzały przyłączyć ją do Ukrainy. Uzbrojeni mieszkańcy zostali jednak szybko spacyfikowani przez polskie ochotnicze oddziały.
 
Polacy byli przekonani, że to właśnie im należą się tereny na północ od Karpat. Kiedy byli zajęci walkami, inna grupa Łemków zebrała się we wsi Świątkowa Wielka, a później w Gładyszowie. Powstała tam specjalna Rada Ruska i pomniejsze w poszczególnych wsiach. Moment ten uznaje się za powstanie w Beskidach ruskiego państwa. Łemkowscy i rusofilscy delegaci orzekli, że nie chcą przyłączenia do Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej, lecz do Rosji. Czasy były jednak niepewne, a postępy rewolucji bolszewickiej komplikowały sytuację, Łemkowie stanęli więc przed trudnym wyborem, bo nie było zgody co do tego, z którym z powstających krajów należy w tej sytuacji współpracować.
 
Wszyscy byli pewni jednego: chcieli wysłać swoich przedstawicieli na trwającą konferencję pokojową w Paryżu i tam współdecydować o granicach nowej Europy. Wyjazd okazał się trudniejszy, niż się wydawało, bo kłopotów przysparzały polskie władze. Część działaczy, w obawie przed aresztowaniem, musiała uciekać na południową stronę Karpat. Przewodnictwo w ruchu objął wtedy Jarosław Kaczmarczyk, adwokat z Muszyny. Ani on, ani żaden z innych pierwotnie wybranych przedstawicieli nie pojechał do Paryża. Choć w trwających tam rozmowach wzięło udział kilku Łemków, to żaden nie reprezentował oficjalnie interesów Łemkowszczyzny, które niespecjalnie interesowały zresztą dyplomatów.
 
Mieszkańcy, którzy posmakowali już wolności, nie tracili jednak czasu. 5 grudnia rano przedstawiciele ponad stu wsi zebrali się pod cerkwią we Florynce i tam zdecydowali się zjednoczyć pod wspólną nazwą. Tak powstała Rusińska Ludowa Republika Łemków. Zebrani ślubowali wierność Naczelnej Radzie Łemkowszczyzny, która przejęła całą władzę, w tym sądowniczą, wprowadziła administrację i rozpoczęła tworzenie policji. Na kolejnym zjeździe, 26 grudnia, kilkudziesięciu działaczy przyjęło dokument będący deklaracją odrębności.
 
Napisano w nim: "Czujemy się i uznajemy się już od tej pory obywatelami jednego, wielkiego Państwa Ruskiego, nie uznajemy na naszej ziemi żadnej węgierskiej, polskiej, habsbursko-ukraińskiej i w ogóle jakiejkolwiek cudzej władzy, protestujemy przeciwko imperialistycznym zapędom innych narodów względem naszej ziemi i oczekujemy, że zwycięskie państwa koalicyjne (...) już w nieodległym czasie dadzą ruskiemu narodowi Przykarpacia (...) możliwość uwolnienia się od sięgających po jego ziemię zachłannych sąsiadów i stać się prawdziwym gospodarzem swojej ziemi". Droga do całkowitej niezależności wydawała się stać otworem.
 
Krucha niepodległość
 
4 stycznia 1919 roku krakowski dziennik "Czas" donosił, że Czesi dostarczają na Łemkowszczyznę broń i chcą tam zaprowadzić swoją władzę. Rzeczywiście południowi sąsiedzi Polski byli zainteresowani przejęciem kontroli nad regionem. Kiedy w drugiej połowie miesiąca rozwiązano Naczelną Radę Łemkowszczyzny, a władzę nad tworzącym się państwem przejęło proczeskie stronnictwo, Polacy poczuli się poważnie zaniepokojeni. Rozpoczęła się kolejna seria aresztowań najważniejszych działaczy, których umieszczono w obozie internowania w Dąbiu pod Krakowem.
 
Kiedy okazało się, że nie stanowią zagrożenia, zostali zwolnieni z aresztu, ale szykany jeszcze wzmogły ich determinację. Chcieli, żeby świat wreszcie o nich usłyszał. Na początku czerwca Jarosław Kaczmarczyk pojechał do Krynicy, by spotkać się tam z pewnym Amerykaninem. Był nim kapitan Merian C. Cooper, wysłany do Polski przez jedną z międzynarodowych organizacji. Cooper, który później uczestniczył jako pilot w wojnie polsko-bolszewickiej, uważnie wysłuchał argumentów Łemka. Kaczmarczyk miał mu oświadczyć, że Łemkowie chcą przyłączenia do demokratycznej Rosji, skarżył się na prześladowanie przez Polaków i krzywdzący podział żywności. Podkreślił też, że konferencja pokojowa w Paryżu zapewnia jego ludziom prawo do samostanowienia. Kapitan napisał raport, który za pośrednictwem polskiej delegacji został przekazany obradującym w Paryżu dyplomatom.
 
Rusini zarzucali później polskim urzędnikom, że ci ocenzurowali i tak przychylny Warszawie dokument. Nad Sekwaną kilka delegacji poruszyło problem Łemkowszczyzny, wśród innych pojawiła się także koncepcja przyłączenia jej do Rosji. Ostatecznie zdecydowały względy polityczne. W grudniu 1919 roku Galicję Zachodnią formalnie przyznano Polsce. Łemkowie, choć zdruzgotani, nie zamierzali poddać się bez walki. Jeszcze jesienią na sporne tereny przyjechał Viktor Hładyk - Łemko i członek amerykańskiej delegacji na konferencję pokojową. To on spowodował, że w marcu 1920 roku utworzono łemkowski rząd z prawdziwego zdarzenia. Pokazanie, że nieuznawane przez innych państwo funkcjonuje, mogło być ostatnią szansą jego przetrwania.
 
Premierem został Jarosław Kaczmarczyk, ministrem spraw wewnętrznych ksiądz Dmytro Chylak, tekę ministra rolnictwa przyjął Mykoła Hromosiak, zaś polityką zagraniczną miał się zająć ksiądz Wasilij Kuryłło. Wybrani ministrowie zażądali przeprowadzenia na Łemkowszczyźnie plebiscytu, który miałby rozstrzygnąć jej przynależność państwową i opuszczenia spornych terenów przez polskie i czechosłowackie wojsko. Władze w Warszawie nie zamierzały jednak dyskutować. Mając w ręku oficjalny dokument potwierdzający ich roszczenia mogły samodzielnie rozwiązać problem. Kiedy łemkowscy wieśniacy zaczęli odmawiać służby w polskiej armii, zirytowało to administrację, która potrzebowała rekrutów do walki z bolszewikami.
 
Polacy spacyfikowali wsie i aresztowali opornych chłopów, a 30 maja polscy policjanci zastrzelili we Florynce próbującego uciekać łemkowskiego dezertera. Choć formalnie los Galicji został już rozstrzygnięty, to Viktor Hładyk próbował jeszcze działać. Wydał w Paryżu pracę o nadużyciach administracji, w Londynie zaś opowiadał o "prześladowaniu prawosławnych ruskich ludzi w jezuicko-szlacheckiej Polsce". Niewiele to pomogło. W grudniu Kaczmarczyka, Hromosiaka i Chylaka aresztowano. Ten ostatni miał rzucić policjantowi, że przedstawiciel polskiej władzy nie ma prawa pozbawić go wolności na ruskiej ziemi.
 
Śmierć republiki
 
Aresztowani działacze stanęli wkrótce przed sądem. W czerwcu 1921 roku krakowski "Czas" zamieścił w kronice wydarzeń krótką notatkę zatytułowaną "Łemkowska republika". "Przed sądem przysięgłych w Przemyślu odbyła się 10 bm. rozprawa przeciw X. Chylakowi, Dr. Kaczmarczykowi i włościaninowi Hromosiakowi o zdradę stanu, popełnioną przez nieuznanie suwerenności Polski i dążenie do oderwania Łemkiwszczyzny od Polski" - relacjonowała gazeta. Wszystkich trzech doprowadzono z aresztu. Oprócz podżegania do odłączenia Łemkowszczyzny od II RP prokurator zarzucał im także nawoływanie do wojny domowej.
 
Niedawnym członkom rządu nieistniejącego już państwa za tak zwaną zdradę główną groziła nawet kara śmierci. O ich winie lub niewinności miała zdecydować ława przysięgłych. Podczas krótkiego procesu Jarosław Kaczmarczyk wyraził przekonanie, że wszystko, co robił, było legalne. "Ani Traktat Wersalski, ani z Saint-Germain nie wyznaczyły granic Polski" - wyjaśniał.
 
"Galicja była oddana zwierzchnictwu Ententy, wreszcie sama Polska postanowiła nie karać za deklaracje niepodległości". Hromosiak, kiedy prokurator zapytał go, czy pragnął oderwania Łemkowszczyzny od Polski odrzekł z teatralnym zdziwieniem: "Oderwania? A kiedyż była przyłączona?" Z kolei ksiądz Chylak przyznał, że już w czasie zebrania we Florynce w 1918 roku Rusini postanowili nie uznawać zwierzchnictwa tworzącego się nad Wisłą kraju. Podporządkowania się Polsce nigdy nie brano pod uwagę, choć delegaci wysuwali propozycje przyłączenia się do Rosji, do Czech albo utworzenia na stałe niezależnego państwa.
 
Oskarżeni Łemkowie podkreślali, że oprócz zachodniej granicy Polski żadna inna nie została zatwierdzona międzynarodowymi porozumieniami, zaś według koncepcji Wilsona stare granice nie obowiązują. "Ma pan dobre ideały"- powiedział Chylakowi prokurator Piechowicz - "ale jest pan utopistą". Prawnik nie potrafił sobie wyobrazić, że sprawa Łemków mogłaby być rozpatrywana przez mocarstwa ustalające nowy porządek świata. W mowie końcowej prokurator podkreślił, że Łemkowszczyzna od wieków uważana jest za ziemie rdzennie polskie, więc naturalne jest, że po rozpadzie Austro-Węgier będą one podlegały Warszawie.
 
Obrońcy zaapelowali do przysięgłych o podjęcie decyzji zgodnie ze swoim sumieniem i zapomnienie, że sądzą Rusinów. Głos zabrał także przemyski dziennikarz Lew Hankiewicz: "Osądźcie ich i powróciwszy do domu powiedzcie waszemu narodowi, że Łemkowie chcieli tego, co Polacy już mają" - powiedział. Tego samego dnia przysięgli zdecydowali o uniewinnieniu oskarżonych, ale był to już koniec łemkowskich snów o niepodległości.
 
Koniec marzeń
 
Jarosław Kaczmarczyk wycofał się z polityki i do wybuchu kolejnej wojny prowadził kancelarię adwokacką. Zginął w rosyjskim łagrze. Również inni działacze nie podjęli więcej próby oddzielenia swojej ziemi od Polski. Pod koniec lat trzydziestych w II RP mieszkało jeszcze około 150 tysięcy Łemków. Nawet kolejna wojna nie doprowadziła do wyludnienia ich rodzinnych wsi. To, czego nie załatwiły czołgi i karabiny, stało się dopiero w wyniku powojennych przesiedleń. Już w 1945 roku nowe, ludowe władze nakazały opuścić mieszkańcom narodowości ukraińskiej i ruskiej zajmowane przez nich tereny, powołując się na przepisy dotyczące obszaru granicznego.
 
Część rodzin musiała się wtedy przenieść do Związku Radzieckiego. Reszty dopełniła zorganizowana dwa lata później akcja "Wisła", w wyniku której ludność południowo-wschodniej Polski przymusowo wywożono na Ziemie Odzyskane. Dziś po ambicjach utworzenia łemkowskiego państwa nie został niemal żaden ślad. Język i kultura Łemków są co najwyżej egzotycznymi atrakcjami dla turystów, a w beskidzkiej Florynce mieszka zaledwie kilka osób pochodzenia rusińskiego.
 
Łemkowie są jedną z najmniej licznych mniejszości etnicznych w Polsce - żyje ich tu około 10 tysięcy, większość na Dolnym Śląsku. Ich społeczność nie lobbuje na rzecz swoich interesów tak skutecznie, jak Ślązacy i Kaszubi - wielu, po oderwaniu od ziemi przodków, zasymilowało się. Oznacza to także powolne zanikanie języka. Jego badania przeprowadziła niedawno doktor Małgorzata Misiak z Uniwersytetu Wrocławskiego.
 
Wynika z nich, że choć większość osób pochodzenia łemkowskiego przejawia szacunek do mowy ojców, to język ten jest przekazywany potomkom głównie w tych rodzinach, w których oboje rodziców ma łemkowskie korzenie. Znajomość łemkowskiego nie ma dla jego użytkowników żadnej wartości praktycznej, ale pozostaje symbolem tożsamości. Najbardziej pozytywny stosunek do niego mają osoby mniej wykształcone, ale nawet wśród nich panuje przekonanie, że mowa łemkowska nie jest pełnoprawnym językiem. Współczesne polskie władze dały się przekonać, że jest inaczej.
 
Dzięki temu, że od 2005 roku znajduje się on na liście języków mniejszościowych, dziewięć beskidzkich wsi może używać podwójnych nazw. Pierwszą tablicę pisaną zarówno po polsku, jak i w cyrylicy, ustawiono cztery lata temu przed wjazdem do wsi Bielanka. Być może to jedyna przysługa, którą Polacy kiedykolwiek wyświadczyli swoim ruskim współobywatelom.
 
Zdroj:
http://wiadomosci.onet.pl/kiosk/lemkowska-republika/kzn20

Foto: 
Onet.pl
Łemkowie, fot NAC
www.rusyn.sk
Naspäť na aktuality